Przez jakis czas rozgladalem sie za jakas fajna stylowa restauracja i wpadlem na Novocaine. Niechetnie sie do niej wybieralem, jako ze jest to takze klub muzyczny i jakos mi sie to zle kojarzylo :) za duzo klubb'ingu za nastolatka..
No ale o samej Novocainie czas zaczac.. Po wejsciu obsluga zaporponowala stolik, dostalismy karty i zostalismy zapytani od razu, czy cos do picia. Zamowilem kawe i wode gazowana, jak to zwyklem robic, a pani kelner zapytala czy kawa przed czy po obiedzie :-) Milo... w koncu ktos sie interesuje :-)
Sama restauracja jest zrobiona bardzo stylowo, obrazy i malowidla scienne ciesza oczy. Ku mojemu zdziwieniu, sa tam dwie antresole, ktore pozwalaja na bardziej intymne lub prywatne spotkania.
Niedajac zbyt wiele czasu kelnerce, zaczelismy zamawiac:
Startery:
Bruschetta z mozzarellą, szynką parmeńską, pomidorami i oliwą czosnkową.
Involtino di zucchine - Roladki z cukinii nadziewane mozzarellą i suszonymi pomidorami.
Zupa:
Crema di funghi - Krem z borowików podawany z ciepłym pieczywem
i masłem czosnkowym.
Danie glowne:
Scaloppine al basilico e pomodoro - Polędwiczki wieprzowe w sosie bazyliowo pomidorowym, podane w towarzystwie pierożków tortelloni z nadzieniem szpinakowym.
Po jakims czasie przyszly startery i po raz kolejny sie zdziwilem... Bruschetta, a raczej dwie, ktore dostalem, byly dosyc spore.. Niestety nie moglem sie powstrzymac i zostaly zjedzone w calosci :)
Trzeba przyznac ze bardzo dobrze zrobiona! Roladki z cukinii nadziewane mozzarellą i suszonymi pomidorami to moze i nie mieso :)) ale tez jak najbardziej godne polecenia, ze wzgledu na polaczenie tych skladnikow :)
Krem z borowikow okazal sie czysta poezja, ale nie bylem w stanie zjesc calego wiedzac ze czeka mnie jeszcze danie glowne. Odlozylem go na bok, po czym natychmiast pojawila sie kelnerka z zapytaniem:
- Czy cos sie stalo? Nie smakuje?
Zaczalem sie smiac i powiedzialem na spokojnie pani, zeby sie nie martwila, bo chodzi tylko o to, iz nie bede pozniej w stanie skonsumowac dania glownego :-)
Zabrala talerz i z usmiechem odeszla :-)
Danie glowne, takze bardzo dobre, sos bazyliowo pomidorowy podkreslal smak, a tortelloni ze szpinakiem byly bardzo trafionym dodatkiem :-)
Nie dalem rady zjesc wszystkiego, przeliczylem sie o starter :)
Restauracja Novocaina nie nalezy do najtanszych, ale jezeli chcecie swojej drugiej polowce zrobic mila niespodzianke, to kolacja na antresoli wskazana :-)
W celu sprawdzenia cen/menu zapraszam na strone www.novocaina.com .
Pozdrawiam!
sobota, 7 stycznia 2012
Mosaiq - Rynek
Mialem ostatnio okazje spedzic dwa wieczory w restauracji Mosaiq, ktora znajduje sie tuz przy Sofitelu. Od wejscia restauracja krzyczy:
- NIE WCHODZ JEZELI NIE MASZ ZLOTEJ KARTY!...
Na szczescie, wizyty moje ograniczyly sie do kolacji biznesowych, wiec moglem sobie na to pozwolic.. Karta Win i Menu utwierdzily mnie tylko w przekonaniu, iz przychodzi sie tam zalatwiac interesy. No coz, wybrac czas:
Startery:
- Mosaiq plater - tradycyjne wyroby staropolskie z regionu
dolnośląskiego
- Vitello tonato - cienkie plastry cielęciny podawane
z sosem z tuńczyka, kaparów, anchois i parmezanu
Zupa:
- Grzybowa z grzanką z pieczywa Brioche z salsą
truflową
Danie Glowne:
- Polska polędwica wołowa z Mazu
- Grillowany stek mignon podawany z trzema sosami, ziemniakami fondant, śmietanowo-winnym szpinakiem
Calkiem spore zamowienie ? Nie, to sie skladalo na dwie wizyty :) Aczkolwiek najesc sie tam pasibrzuchy nie dadza rady :-)
Ocena jedzenia, duzy pozytyw! Smaczne, elegancko podane, cala otoczka na 5. Obsluga... czasami zapominala o moich znajomych (brak sztuccow, szkla), ale nie bylo najgorzej.
Co do mojej oceny, to nie jest to restauracja dla mnie.. wole cos bardziej... ludzkiego :-)
Polecam na spotkania biznesowe..
- NIE WCHODZ JEZELI NIE MASZ ZLOTEJ KARTY!...
Na szczescie, wizyty moje ograniczyly sie do kolacji biznesowych, wiec moglem sobie na to pozwolic.. Karta Win i Menu utwierdzily mnie tylko w przekonaniu, iz przychodzi sie tam zalatwiac interesy. No coz, wybrac czas:
Startery:
- Mosaiq plater - tradycyjne wyroby staropolskie z regionu
dolnośląskiego
- Vitello tonato - cienkie plastry cielęciny podawane
z sosem z tuńczyka, kaparów, anchois i parmezanu
Zupa:
- Grzybowa z grzanką z pieczywa Brioche z salsą
truflową
Danie Glowne:
- Polska polędwica wołowa z Mazu
- Grillowany stek mignon podawany z trzema sosami, ziemniakami fondant, śmietanowo-winnym szpinakiem
Calkiem spore zamowienie ? Nie, to sie skladalo na dwie wizyty :) Aczkolwiek najesc sie tam pasibrzuchy nie dadza rady :-)
Ocena jedzenia, duzy pozytyw! Smaczne, elegancko podane, cala otoczka na 5. Obsluga... czasami zapominala o moich znajomych (brak sztuccow, szkla), ale nie bylo najgorzej.
Co do mojej oceny, to nie jest to restauracja dla mnie.. wole cos bardziej... ludzkiego :-)
Polecam na spotkania biznesowe..
Kyoto Bar - Rynek
Jakis czas temu, po rozmowie z kolega z pracy, dalem sie skusic na Happy Hour w Kyoto Bar'rze. Otoz Happy Hour to taka hepi godzinka, gdzie mozna za 45zl jesc ile wlezie... Miejsce przy barze zajelismy ok. godziny 18:00, kelnerka objasnila zasady Happy Hour, po czym przystapilismy do konsumpcji sushi..
Ciekawe jest to, ze sushi w Kyoto (jezeli siedzimy przy barze), wedruje do nas malymi lodeczkami, z ktorych sami sciagamy sobie talerzyki z sushi.
Pomysl ciekawy oraz mozna sie najesc za 45zl, ale...
dopoki kucharze sie wyrabiali, byla roznorodnosc makow, futomakow, czasami nigiri, lub inne cuda w tempurze. Niestety, z wieksza liczba klientow, panowie dawali tylko rade tluc same maki. Przy 16stym talezyku juz sobie zaczalem odpuszczac, bo nic nowego nie sprobowalem..
Ciezko ocenic, wybiore sie niebawem ponownie, tym razem moze jako klient normalny, a nie Happy Hour'eowiec :)
Ciekawe jest to, ze sushi w Kyoto (jezeli siedzimy przy barze), wedruje do nas malymi lodeczkami, z ktorych sami sciagamy sobie talerzyki z sushi.
Pomysl ciekawy oraz mozna sie najesc za 45zl, ale...
dopoki kucharze sie wyrabiali, byla roznorodnosc makow, futomakow, czasami nigiri, lub inne cuda w tempurze. Niestety, z wieksza liczba klientow, panowie dawali tylko rade tluc same maki. Przy 16stym talezyku juz sobie zaczalem odpuszczac, bo nic nowego nie sprobowalem..
Ciezko ocenic, wybiore sie niebawem ponownie, tym razem moze jako klient normalny, a nie Happy Hour'eowiec :)
niedziela, 4 grudnia 2011
Wilczy Glod
Z restauracja, ktora zaraz opisze, pierwszy raz spotkalem sie w romu 2009, kiedy jechalem z Wroclawia do Murzasichle w celu uraczenia gorskiego powietrza i wod termalnych w okolicznej Bukowinie Tatrzanskiej. Niedaleko od autostrady A4, w kierunku Zakopanego, przejezdza sie przez mala wioske o nazwie Krzyszkowice. Po prawej stronie znajdziecie zjazd na Oberze Wilczy Glod...
Z zewnatrz wyglada niepozornie, a jednak w srodku to raj dla osob lubiacych domowe zacisze i regionalne smaki. Na wstepie wita was Wilczy bar:
Mozna sprobowac tam swojskiej kielbasy, ogorkow, chleba czy tez rewelacyjnego smalcu..
W celu wyjasnienia, caly obiekt wyglada od srodka na stara izbe, stoliki sa rozmieszczone w przechodnich pokojach zrobionych w regionalnym stylu.
Na slupie w przejsciu mozna znalezc preferencje szefa kuchni co do dania na dany dzien..
Niestety, nie dalem sie zwiezc Szefowi kuchni w pierwszy dzien i sam zadecydowalem o swoim obiedzie. Wybor z obszernej karty padl na:
Na wstepie zawsze mozna sie spodziewac swojskiego chleba wraz ze smalcem, ktory jest nie do opisania.. Przyznam sie bez bicia, przywiozlem 3 sloiki 300g, dwa poszly od razu po przyjezdzie na stol..
Do obiadu, jako dodatek, zamowilem bukiet surowek...
To, co stalo sie pozniej, jest nie do opisania... Niestety.. na deser nie bylo miejsca, czas gonil, organizm nie byl w stanie przyjac wiecej posilku, czas ruszac w droge...
Wycieczka tym razem celowala w Termy w Bukowinie Tatrzanskiej i nie omieszkalem takze tam zjesc na miejscu, co opisze w kolejnych postach, ale pozostajac poki co przy Wilczym Glodzie... W drodze powrotnej, bez dwoch zdan, musialem zaliczyc rewizyte...
Tak wyglada po krotce wystroj pokoi...
Na powrot zadecydowalem pojsc sladami szefa kuchni i zasugerowalem sie jego menu na ten dzien, tj:
Ku mojemu zaskoczeniu, borowikowa byla tak smaczna, ze miske opędzlowalem bez najmniejszego problemu, wiedzac ze kolejna porcja bedzie na tyle duza ze nie dam rady...ale nie moglem odpuscic, po prostu nie moglem...
Zaskoczeniem w obu przypadkach byl rachunek, bo porownujac w cenami we wroclawskich restauracjach, mozna smialo powiedziec, ze w Wilczym Glodzie jest stosunkowo tanio!
Jezeli chodzi o moja ocene restauracji, to bywam tam od 2009 roku i jeszcze osobiscie nie bylem w lepszej restauracji w Polsce! Solidnie i pysznie! Polecam!!!
Dodatkowo Wilczy Glod oferuje noclegi dla zmeczonych podroza, wszystkie potrzebne informacje znajdziecie na www.wilczyglod.pl.
Ps. Ciezko sie stamtad odjezdza :) doslownie :)))
Z zewnatrz wyglada niepozornie, a jednak w srodku to raj dla osob lubiacych domowe zacisze i regionalne smaki. Na wstepie wita was Wilczy bar:
Mozna sprobowac tam swojskiej kielbasy, ogorkow, chleba czy tez rewelacyjnego smalcu..
W celu wyjasnienia, caly obiekt wyglada od srodka na stara izbe, stoliki sa rozmieszczone w przechodnich pokojach zrobionych w regionalnym stylu.
Na slupie w przejsciu mozna znalezc preferencje szefa kuchni co do dania na dany dzien..
Niestety, nie dalem sie zwiezc Szefowi kuchni w pierwszy dzien i sam zadecydowalem o swoim obiedzie. Wybor z obszernej karty padl na:
- Kawa + woda standardowo
- Strogonov z pieczywem
- Wiejska goscina (3 rodzaje mies m.in karkowa i poledwica), kluski slaskie, sos borowikowy.
Na wstepie zawsze mozna sie spodziewac swojskiego chleba wraz ze smalcem, ktory jest nie do opisania.. Przyznam sie bez bicia, przywiozlem 3 sloiki 300g, dwa poszly od razu po przyjezdzie na stol..
Do obiadu, jako dodatek, zamowilem bukiet surowek...
To, co stalo sie pozniej, jest nie do opisania... Niestety.. na deser nie bylo miejsca, czas gonil, organizm nie byl w stanie przyjac wiecej posilku, czas ruszac w droge...
Wycieczka tym razem celowala w Termy w Bukowinie Tatrzanskiej i nie omieszkalem takze tam zjesc na miejscu, co opisze w kolejnych postach, ale pozostajac poki co przy Wilczym Glodzie... W drodze powrotnej, bez dwoch zdan, musialem zaliczyc rewizyte...
Tak wyglada po krotce wystroj pokoi...
Na powrot zadecydowalem pojsc sladami szefa kuchni i zasugerowalem sie jego menu na ten dzien, tj:
- Borowikowa
- Poledwica Gazdziny z talarkami
- bukiet surowek,
- kawa i woda naturalnie...
Ku mojemu zaskoczeniu, borowikowa byla tak smaczna, ze miske opędzlowalem bez najmniejszego problemu, wiedzac ze kolejna porcja bedzie na tyle duza ze nie dam rady...ale nie moglem odpuscic, po prostu nie moglem...
Zaskoczeniem w obu przypadkach byl rachunek, bo porownujac w cenami we wroclawskich restauracjach, mozna smialo powiedziec, ze w Wilczym Glodzie jest stosunkowo tanio!
Jezeli chodzi o moja ocene restauracji, to bywam tam od 2009 roku i jeszcze osobiscie nie bylem w lepszej restauracji w Polsce! Solidnie i pysznie! Polecam!!!
Dodatkowo Wilczy Glod oferuje noclegi dla zmeczonych podroza, wszystkie potrzebne informacje znajdziecie na www.wilczyglod.pl.
Ps. Ciezko sie stamtad odjezdza :) doslownie :)))
wtorek, 4 października 2011
Paśnik - Żerniki Wrocławskie
Od dłuższego czasu, kiedy udaję się z rana do pracy, staram się omijać korki. Z mojej przepięknej miejscowości, można to zrobić tylko jadąc przez Iwiny lub Smardzów (k. Wrocławia). Któregoś przepięknego ranka (nie wiem jakim cudem pomyślałem, że będzie szybciej) pojechałem przez Smardzów. Tuż za przejazdem kolejowym - remont drogi. Ruch wahadłowy, i swoje odstać musisz!
Jednak był w tym jakiś niepisany plan, bo dzięki temu zwróciłem uwagę na nowo powstałą knajpę o przychylnej nazwie dla miłośników jedzenia - Paśnik.
Obok niej, napis: "Wkrótce otwarcie" - no cóż... i tak zaczęło się polowanie :-)
Wracając z pracy, moim oczom ukazał się napis. Dawał mi on wyraźne znaki, że zaprasza do środka :-) (Już otwarte).
W środku przestrzennie, stylowo, jak w karczmie. To co upolowane, powieszone na ścianach :-)
Jak to bywa na pierwszy raz, chce się spróbować wszystkiego, ale wybór padł na:
Napoje zostały podane natychmiastowo, zupy chwilkę później. Na starter także nie trzeba było czekać długo. Ku mojemu zaskoczeniu, po zupie i starterze już byłem najedzony, a gdzie miejsce na danie główne?? No nic... w końcu PAŚNIK!
Dostaliśmy chwile wytchnienia, po czym zostało podane danie główne.. Duże... :-) wyrok zapadł...
wiedziałem, że nie ogarnę :-)
Jestem miłośnikiem dobrego mięsa, zwłaszcza w sosach serowych. Medaliony i z przystawki i z dania głównego po prostu pycha! Pstrąg, bardzo dobry, świeży.. Na zakończenie dnia tego tylko brakowało :-)
Poprosiliśmy o rachunek...
dostaliśmy...
Szarlotka z lodami i bitą śmietaną, przełożona rurką z czarnej czekolady.. mhmm :-)) W ramach pierwszych dni otwarcia restauracji, byliśmy tymi szczęśliwcami, którzy mogli tego spróbować za darmo ;-)
Niestety przed zrobieniem zdjęcia (choć najedzony na max), musiałem kawałek ugryźć aby zaspokoić ciekawość :-)
Miła obsługa, fajny klimat, duża przestrzeń, schludnie, czysto, miło.
Kilka braków - terminal kart, brak alkoholu - ale to jak wiadomo, na dniach będzie :-)
www.pasnik.com.pl - tutaj znajdziecie informacje gdzie konkretnie znajduje się restauracja. Ja powiem tyle, trasa Wrocław przez Jagodno na Strzelin na wys. Żernik Wrocławskich.
Pozdrawiam Właścicieli - tak trzymać!
Jednak był w tym jakiś niepisany plan, bo dzięki temu zwróciłem uwagę na nowo powstałą knajpę o przychylnej nazwie dla miłośników jedzenia - Paśnik.
Obok niej, napis: "Wkrótce otwarcie" - no cóż... i tak zaczęło się polowanie :-)
Wracając z pracy, moim oczom ukazał się napis. Dawał mi on wyraźne znaki, że zaprasza do środka :-) (Już otwarte).
W środku przestrzennie, stylowo, jak w karczmie. To co upolowane, powieszone na ścianach :-)
Jak to bywa na pierwszy raz, chce się spróbować wszystkiego, ale wybór padł na:
- krem szpinakowy z grillowanym kurczakiem
- żurek staropolski z jajem
- medaliony wieprzowe na grzankach w sosie gorgonzola
- pstrąg (łowiony na miejscu) smażony w oleju
- medaliony wołowe opasane boczkiem w sosie gorgonzola podane na warzywach z frytkami
Napoje zostały podane natychmiastowo, zupy chwilkę później. Na starter także nie trzeba było czekać długo. Ku mojemu zaskoczeniu, po zupie i starterze już byłem najedzony, a gdzie miejsce na danie główne?? No nic... w końcu PAŚNIK!
Dostaliśmy chwile wytchnienia, po czym zostało podane danie główne.. Duże... :-) wyrok zapadł...
wiedziałem, że nie ogarnę :-)
Jestem miłośnikiem dobrego mięsa, zwłaszcza w sosach serowych. Medaliony i z przystawki i z dania głównego po prostu pycha! Pstrąg, bardzo dobry, świeży.. Na zakończenie dnia tego tylko brakowało :-)
Poprosiliśmy o rachunek...
dostaliśmy...
Szarlotka z lodami i bitą śmietaną, przełożona rurką z czarnej czekolady.. mhmm :-)) W ramach pierwszych dni otwarcia restauracji, byliśmy tymi szczęśliwcami, którzy mogli tego spróbować za darmo ;-)
Niestety przed zrobieniem zdjęcia (choć najedzony na max), musiałem kawałek ugryźć aby zaspokoić ciekawość :-)
Miła obsługa, fajny klimat, duża przestrzeń, schludnie, czysto, miło.
Kilka braków - terminal kart, brak alkoholu - ale to jak wiadomo, na dniach będzie :-)
www.pasnik.com.pl - tutaj znajdziecie informacje gdzie konkretnie znajduje się restauracja. Ja powiem tyle, trasa Wrocław przez Jagodno na Strzelin na wys. Żernik Wrocławskich.
Pozdrawiam Właścicieli - tak trzymać!
środa, 14 września 2011
Koi - Sushi Bar
Wracałem dzisiaj z Bielan Wrocławskich przez ołtaszyn i natknąłem sie na szyld nowego sushi baru o nazwie Koi. Ze wzgledu na to, iż przepadam za sushi wraz z moją współlokatorką :), postanowiliśmy sprawdzić nową lokalizacje...
Bar znajduje się przy ulicy Zwycięskiej, przy bramie 14d. Jak z miejscem parkingowym...? Coż jest tak jak na całym ołtaszynie :-) wywalczysz, masz!
Miejsce zdobyte, azymut Koi.
Na wejściu przywitały nas pustki, poza mistrzem kuchni, kelnerką oraz panem, który chyba ogarniał marketing baru :-)
Zasiedliśmy do stolika (przy każdym znajdowały się karty), po czym po krótkiej chwili pojawiła się pani kelnerka z zapytaniem czy pomóc lub doradzić w wyborze.. My z szyderczym uśmiechem na twarzy, oznajmiliśmy, iż te azjatyckie nazwy już są nam dobrze znane :-)
Wybór padł na zestaw zwany numer 3 (futomaki filadelfia, futomaki z krewetką w tempurze i futomaki z tuńczykiem w sosie teryjaki), oraz uramaki z tuńczykiem.
Szybciutko dostaliśmy napoje (herbata + woda), po czym chwile później nasze zamówienie (nic dziwnego, nikogo poza nami tam nie było :))
Pierwszy kęs... i...
zaskoczenie! wszystko bardzo świeże, ryba bardzo smaczna, i sos teryjaki.. poezja. Wszystko z deski szybko zniknęło..
Czas na sprawdzenie łazienki... i znowu miłe zaskoczenie, otóż znalazł się nawet i pokój matki z dzieckiem, toaleta brand new, wszystko czyste i wręcz sterylne.
Czas na rachunek:
Pierwszy zestaw 70zł, drugi 20zl, herbata i woda, łącznie 104zl. Jak na sushi bar, nie jest źle! A nawet całkiem konkurencyjnie..
Braki:
- mokra ściereczka
- menu na wynos
- brak możliwości płatności kartą
- strona internetowa??
No ale nie puściliśmy tego w zapomnienie i padło pytanie do obsługi co z w/w rzeczami. Otóż, sushi bar Koi, został otwarty dopiero wczoraj :-) Zostaliśmy zapewnieni, iż wszystkie braki zostaną uzupełnione na dniach..
Pierwsze wrażenie - bardzo dobre, jedzenie super, klimat bardzo miły.
Niebawem kolejny raz odwiedzimy tą restaurację i mamy nadzieje, że się nie zawiedziemy :-)
Polecam!
Bar znajduje się przy ulicy Zwycięskiej, przy bramie 14d. Jak z miejscem parkingowym...? Coż jest tak jak na całym ołtaszynie :-) wywalczysz, masz!
Miejsce zdobyte, azymut Koi.
Na wejściu przywitały nas pustki, poza mistrzem kuchni, kelnerką oraz panem, który chyba ogarniał marketing baru :-)
Zasiedliśmy do stolika (przy każdym znajdowały się karty), po czym po krótkiej chwili pojawiła się pani kelnerka z zapytaniem czy pomóc lub doradzić w wyborze.. My z szyderczym uśmiechem na twarzy, oznajmiliśmy, iż te azjatyckie nazwy już są nam dobrze znane :-)
Wybór padł na zestaw zwany numer 3 (futomaki filadelfia, futomaki z krewetką w tempurze i futomaki z tuńczykiem w sosie teryjaki), oraz uramaki z tuńczykiem.
Szybciutko dostaliśmy napoje (herbata + woda), po czym chwile później nasze zamówienie (nic dziwnego, nikogo poza nami tam nie było :))
Pierwszy kęs... i...
zaskoczenie! wszystko bardzo świeże, ryba bardzo smaczna, i sos teryjaki.. poezja. Wszystko z deski szybko zniknęło..
Czas na sprawdzenie łazienki... i znowu miłe zaskoczenie, otóż znalazł się nawet i pokój matki z dzieckiem, toaleta brand new, wszystko czyste i wręcz sterylne.
Czas na rachunek:
Pierwszy zestaw 70zł, drugi 20zl, herbata i woda, łącznie 104zl. Jak na sushi bar, nie jest źle! A nawet całkiem konkurencyjnie..
Braki:
- mokra ściereczka
- menu na wynos
- brak możliwości płatności kartą
- strona internetowa??
No ale nie puściliśmy tego w zapomnienie i padło pytanie do obsługi co z w/w rzeczami. Otóż, sushi bar Koi, został otwarty dopiero wczoraj :-) Zostaliśmy zapewnieni, iż wszystkie braki zostaną uzupełnione na dniach..
Pierwsze wrażenie - bardzo dobre, jedzenie super, klimat bardzo miły.
Niebawem kolejny raz odwiedzimy tą restaurację i mamy nadzieje, że się nie zawiedziemy :-)
Polecam!
wtorek, 30 sierpnia 2011
Z mojej kuchni - Kurczak curry
Wracając z wakacji przejeżdżaliśmy przez miejscowość w Austrii zwaną Parndorf. Dla jednych zwykła wiocha, dla innych mekka w której jest największy outlet w europie. Mógłbym opisywać te cuda natury, ale do rzeczy. Dałem się naciągnąć na Woka (taka miska wyglądająca jak paśnik dla krowy :-), kosztowało mnie to 50 Euro, biorąc pod uwagę, że dawali do niego przykrywkę i jest na płytę indukcyjną, stwierdziłem - biore!.
Składniki na kurczaka w curry:
Rozgrzewamy w woku ok. 80-100ml oleju, wrzucamy marchew, smażymy ok 4 minut, następnie wrzucamy cebulę, po 2ch minutach dorzucamy obie papryki oraz bakłażana. Wszystkie te czynności robimy ciągle mieszając warzywa w woku (dlatego też na początku, kazałem wszystko przygotować :), po kolejnych 5 minutach dorzucamy kurczaka. Po chwili dolewamy rosołu (bulionu) ciągle mieszając (musimy o tym pamiętać), i na koniec dodajemy naszego sosu.
W przypadku własnoręcznie robionego sosu, może zajść potrzeba aby dodać mąki aby go zagęścić. Wystarczy wtedy 1-2 małe łyżeczki mąki kukurydzianej lub ziemniaczanej.
Następnie chwile poddusić i podawać z makaronem lub ryżem od razu po zrobieniu!
Smacznego ;-)
Składniki na kurczaka w curry:
- kurczak (ok. 500 gram piersi/filetu z kurczaka)
- jedna czerwona papryka
- jedna papryka chilli
- jeden bakłażan
- 1 duża cebula
- 2 marchewki
- ok. 300 gram makaronu lub 2 torebki ryżu (jak kto woli)
- pieprz (do smaku)
- sos curry - można go zrobić samemu na bazie bulionu wołowego lub kupić gotowy w słoiku. U mnie tym razem padł traf na sos ze słoika (tak! byłem w lidlu na tygodniu zakupów azjatyckich! :-))
- 80ml rosołu (lub bulionu z kostki rosołowej).
Rozgrzewamy w woku ok. 80-100ml oleju, wrzucamy marchew, smażymy ok 4 minut, następnie wrzucamy cebulę, po 2ch minutach dorzucamy obie papryki oraz bakłażana. Wszystkie te czynności robimy ciągle mieszając warzywa w woku (dlatego też na początku, kazałem wszystko przygotować :), po kolejnych 5 minutach dorzucamy kurczaka. Po chwili dolewamy rosołu (bulionu) ciągle mieszając (musimy o tym pamiętać), i na koniec dodajemy naszego sosu.
W przypadku własnoręcznie robionego sosu, może zajść potrzeba aby dodać mąki aby go zagęścić. Wystarczy wtedy 1-2 małe łyżeczki mąki kukurydzianej lub ziemniaczanej.
Następnie chwile poddusić i podawać z makaronem lub ryżem od razu po zrobieniu!
Smacznego ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










